
Lazurowe Wybrzeże (Cote d’Azur) – Chagall malował tu swoje obrazy i tworzył nowe kolory, Fitzgerald wymyślał „Wielkiego Gatsby’ego”. Chanel przyjeżdzała tu z Paryża pociągiem w weekendy, aby nadzorować budowę swojej nadmorskiej willi, którą nazwała La Pausa (zdjęcia tej willi możecie zobaczyć tutaj). Picasso podziwiał tu widok morza ze swojego domu i malował tu tak długo, aż nowo wybudowany dom sąsiada nie zasłonił mu widoku na morze (wcale się nie dziwię, też bym się zdenerwowała). Posiadłości na Lazurowym Wybrzeżu są astronomicznie drogie, a i tak nie brakuje chętnych na ich zakup. Dziś swoje wille posiadają tu np. Bono i Elton John. Do niedawna, na sprzedaż wystawiona była willa Seana Connery’ego (możecie zobaczyć ją tutaj). Każdego roku, w czasie sezonu, do Cote d’Azur ściągają gwiazdy największego formatu. Jedni przyjeżdzają do swoich willi, inni do posiadłości swoich znajomych, a jeszcze inni cumują tu swoje luksusowe jachty. Helikoptery lądują tu co kwadrans, a limuzyny rozwożą świeżo przybyłych. Jaka siła przyciąga ich w te strony? Tych sił jest kilka. Za chwilę je przedstawię, ale na wstępie już zaznaczam, że jeśli miałabym polecić Wam miejsce, do którego musicie choć raz w życiu pojechać, to byłoby to Lazurowe Wybrzeże. Uwaga, ze względu na wspomniane siły i ich oddziaływanie na Waszą psychikę i ciało, istnieje ryzyko, że wpadniecie jak oliwka w martini i nie wrócicie. Ja wróciłam, ale co z tego, skoro moje serce tam zostało.


PIERWSZA SIŁA – PRZEPYSZNE JEDZENIE
Spędziłam na Lazurowym Wybrzeżu trzy najpiękniejsze miesiące mojego życia (pracując!) i pamiętam jak patrzyłam na lazurowe morze i myślałam sobie „w życiu nie byłam taka szczęśliwa”. Rozpierało mnie uczucie wdzięczności za wszystko: za croissanty, pains au chocolate (do dziś nie mogę się zdecydować, które bardziej mi smakują), za chrupiące, francuskie bagietki ze słonym masłem, za przepyszne lody w Gelateria de Porto (must-visit w Antibes, to są najlepsze lody na świecie!), za francuskie eklery (które jadłam na ławce w parku myśląc sobie „po co oni w Polsce w ogóle robią eklery?”), za mule po marynarsku jedzone prosto z garnka (które gotuje się na winie), za kanapki jedzone na schodach kamienic w czasie przerwy na lunch, za soczyste, czerwone jabłka zakupione na francuskim targu, za cytrynowe tarty z puszystymi jak chmurki bezami i za kozi jogurt z pastą z pieczonych kasztanów. Pochłonięte kalorie spalałam spacerując po wąskich uliczkach Antibes i podziwiając piękne prowansalskie pamiątki – ręcznie plecione kosze, mydła lawendowe, lawendę, oliwy, wina, obrazy lokalnych artystów oraz antyki.








DRUGA SIŁA – CELEBRACJA ŻYCIA (CODZIENNIE JEST ŚWIĘTO)
Nigdzie na świecie nie celebruje się życia tak jak na Lazurowym Wybrzeżu. W cieniu oliwnych drzew, je się kanapki z szynką tak jakby to były trufle. Znam parę, która kupując dom w Antibes, brała pod uwagę tylko takie nieruchomosci, które znajdowały blisko lokalnych piekarni. Dostęp do prawdziwego, świeżego pieczywa był nadrzędną wartością jaką się kierowali. To nic nowego, Francuzi tak po prostu namiętnie żyją. Chleb na Lazurowym Wybrzeżu to naprawdę poważny temat, podobnie jak wino. Upalne wieczory spędza się z pięknymi, opalonymi i radosnymi ludźmi, którzy sącząc schłodzone, różowe wino śmieją się i opowiadają historie swojego życia (czasem bardzo pikantne i robią to bez żadnego skrępowania). Bo na Lazurowym Wybrzeżu korzysta się z życia pełnymi garściami. A mimo tego głodu na życie, wszystko robi się jakoś tak zbalansowanie, w eleganckim umiarze – małe kubeczki do espresso, kieliszek rose, deser Petit gourmet – którym po trochu dzielą się wszyscy goście. Tutaj nie świętuje się urodzin raz w roku, tu świętuje się życie codziennie.



TRZECIA SIŁA – WINO (RÓŻOWE)
Mam przyjemne ciarki na ciele, za każdym razem, gdy słyszę moje imię wymawiane z francuskim „Ż”. „Żoana, my tu na Cote d’Azur pijemy rose, a nie białe wino” – powiedzieli, gdy po raz pierwszy zjawiłam się w ich ogrodzie z butelką Chardonnay. „Żoana, my tu jesienią pijemy już tylko czerwone wino” – powiedzieli, gdy przed moim wyjazdem, pewnego wrześniowego popołudnia, przekonana, że wiem o Lazurowym Wybrzeżu i jej mieszkańcach już wszystko, zjawiłam się w ich ogrodzie z butelką różowego wina. Lazurowe Wybrzeże to taka kraina, w której wino pije się praktycznie do każdego posiłku (zwykle różowe) i w której karafka lokalnego wina w restauracji, kosztuje mniej niż butelka wody.



CZWARTA SIŁA – ŚWIATŁO
Długo nie byłam świadoma tej siły. Odkryłam ją całkiem niedawno na kursie fotograficznym – jest nią światło! W każdym zakątku świata światło jest inne. Inne jest w Meksyku, inne na Seszelach, inne w Polsce, a jeszcze inne w Katarze. Bardzo dobrze widać to na zrobionych w tych miejscach zdjęciach. Na pewno, łatwiej jest zrobić piękne zdjęcie na Seszelach, niż w upalnym centrum miasta Kataru. Na jakość światła składa się wiele czynników, takich jak klimat, szerokość geograficzna, temperatura powietrza, wilgotność, zachmurzenie, ale ostatecznie jest to po prostu niewytłumaczalna magia danego miejsca. Światło na Lazurowym Wybrzeżu jest niepowtarzalne. Jest boskie. To ono właśnie ściągało artystów na południe Francji, bo sprzyjało inspiracji, czyli jak to pisała Elisabeth Gilbert, „wielkiej magii”. To światło to energia – „qi”, które wypełnia wybrzeże i jego mieszkańców. To światło właśnie sprawia, że morze ma tu kolor lazurowy.


Luksusowe jachty (Superyachts) w porcie Antibes na Lazurowym Wybrzeżu. Po lewej MY KATARA, na pokładzie którego miałam przyjemność pracować i poznać swojego męża ;), po prawej MY PHOENIX II (wtedy należący do Jana Kulczyka, a dziś wystawiony na sprzedaż).
