Seychelles

Mówi się, że już samo zaplanowanie wakacji sprawia, że stajemy się bardziej szczęśliwymi ludźmi. Na wakacjach oczywiście nasze szczęście sięga zenitu. Ale mało mówi się o tym jak wiele możemy zrobić ze wspomnieniami z wakacji, które mają przepotężną moc. Wystarczy otworzyć jedną ze słonecznych szuflad naszej podświadomości, aby na zawołanie poczuć się lepiej. To jest aż tak bajecznie proste. Ale zacznijmy od bladego, szarego początku.

W jeden z tych nienadających się w żaden sposób do życia, deszczowych, październikowych wieczorów w Wielkiej Brytanii, w mieście, w którym po raz ostatni widziano Titanica – Southampton, trafiłam przymusem do lokalnego osteopaty. To nie była moja pierwsza wizyta u osoby wyspecjalizowanej w pracy z ciałem. Do tamtego momentu, odwiedziłam prawdopodobnie kilkunastu takich „specjalistów”. Wśród nich byli tacy, którzy nastawiali mi kręgi piersiowe i szyjne jakbym była plastikowym manekinem (czyli bez śladu empatii), a także tacy, którzy nastawiali mi kręgi szyjne na specjalnym stole, który wyglądał jak z sali tortur, a mój strach oswajali głośnym śmiechem przy każdym „trzasku” moich zwichrowanych stawów. Niestety, tak bywa, gdy ambicją i głupotą (głośno się do tego przyznaję) nabawiasz się dwóch przepuklin kręgosłupa szyjnego. Taka statkowa pamiątka, która zostanie ze mną już na zawsze. Chociaż zdecydowanie bardziej wolałabym wydziergać sobie tatuaż – nawet pająka.

Czekając na wizytę u wyżej wspomnianego angielskiego osteopaty, pragnęłam tylko by ktoś mi pomógł. Aby nie kręciło mi się już w głowie, aby ktoś rozluźnił mi szczękę i spowodował, że moje uniesione od tygodni barki wreszcie opadną w dół. Pamiętam, że czekając na swoją kolej miałam wrażenie, że zemdleję z napięcia. Osteopata wykonał wszystkie znane mi wcześniej manipulacje kręgosłupa, aby mięśnie mogły w końcu odetchnąć, jednak jako pierwszy zrobił to z wyczuciem, szacunkiem dla mojego ciała i tylko wtedy kiedy ja byłam na to gotowa. Wróciłam do niego. Na trzeciej wizycie ponownie zajął się moim kręgosłupem, po czym kazał mi usiąść przy swoim biurku, aby pokazać jeszcze wtedy mi nieznaną Koherencję serca. Na palcach moich rąk umieścił specjalne czujniki podpięte do jego komputera, na którym wyświetlał się rytm mojego serca. Najpierw otrzymałam zadanie myślenia o mojej przypadłości i o tym jak się z tym czuję (a czułam się beznadziejnie). Rytm mojego serca był niespójny i chaotyczny. Następnie poprosił mnie, aby pomyślała o szczęśliwej chwili w moim życiu. W wyobraźni przeniosłam się na rajską, seszelską plażę, na której brodziłam nogami w ciepłym oceanie, a twarz wystawiałam do uśmiechniętego słońca. W odpowiedzi rytm mojego serca stał się spójny, spokojny, a przy okazji poczułam się o wiele lepiej. Osteopata wytłumaczył mi jak moje myśli wpływają na mój stan fizyczny i psychiczny. Jak pod wpływem dobrych myśli mój rytm serca uspakaja się się i wpływa na fale mojego mózgu, a te na mój system nerwowy, hormonalny, a tym samym na zdrowienie. Taka mała podpowiedź jak sobie pomóc od uduchowionego osteopaty.

Koherencja serca to rodzaj medytacji, w której Twój umysł dostraja się do Twojego serca. Udowodniono, że to umysł dostraja się do serca, a nie odwrotnie. W tej medytacji, oddychając głęboko, skupiasz się na sercu. Wyobrażasz sobie, że oddychasz sercem. Następnie, kontynuując miarowy, spokojny oddech, przywołujesz w swojej głowie wspomnienia, które budzą Twoją wdzięczność, radość, zachwyt, spokój. Gdy oddychasz Twoje serce wyrównuje swój rytm, a Twój umysł dostraja się do tego rytmu. Koherencja serca wpływa więc na to jak się czujesz i jakie myśli pojawiają się w Twojej głowie. Ta metoda medytacji została udowodniona naukowo. Badaniem i propagowaniem wiedzy o medytacji serca zajmuje się Instytut Matematyki Serca (HeartMath Insitute), który w prowadzonych badaniach udowodnił jak koherencja wpływa na układ krwionośny, oddechowy, hormonalny i nerwowy. Okazuje się, że nasze serca posiadają około 40 000 komórek nerwowych, które mają połączenie z mózgiem i wysyłają do niego informacje. To w sercu zapadają wszystkie Twoje decyzje i pierwsze reakcje. Naukowcy wiedzą nawet, że serce jest szybsze od mózgu o 6 sekund w podejmowaniu decyzji. Oznacza to, że mamy tylko 6 sekund od pojawienia się bodźca bądź myśli, aby pokierować się swoją Intuicją i że wszystkie odpowiedzi znajdują się w naszych sercach. 

Najbardziej znanym propagatorem Koherencji serca jest Dr. Joe Dispenza. W swych wypowiedziach często podkreśla, że serce ma 60 razy większe pole elektromagnetyczne niż nasz mózg. To oznacza, że  w naszych klatkach piersiowych nosimy duży magnes, który przyciąga do naszego życia to czym sami wibrujemy. Wokół nas roztacza się 3-metrowe pole naszego serca. Jego stan wpływa nie tylko na nasze samopoczucie, ale na samopoczucie innych osób, które znajdują się w pobliżu nas. Joe Dispenza używa Koherencji serca do pomagania ludziom w przezwyciężaniu swych chorób i dolegliwości. Ku jemu własnemu zaskoczeniu, zdarzają się przypadki wyleczenia tą metodą raka, paraliżu, a nawet odrośnięcia usuniętej operacyjnie tarczycy! Koherencja serca to praktyka stosowana do poprawienia zdrowia fizycznego i psychicznego. Obecnie używa się jej w ponad 500 placówkach medycznych na całym świecie, aby pomóc pacjentom. To takie spotkanie w jednym miejscu nauki i duchowości, podobnie jak w gabinecie angielskiego osteopaty.

Jeśli chcecie spróbować praktyki Koherencji serca, zostawiam Wam tutaj link do pięknie prowadzonej medytacji, której sama używam. Ja postanowiłam praktykować tę medytację codziennie – to moje tegoroczne postanowienie. To zaledwie 10 minut, które niby nic nie wnosi, a ogromnie wiele zmienia i ułatwia życie. Jest jak biały t-shirt, którego nie chce się kupować, ale bez niego, nie potrafimy skompletować pełnego stroju. Poza tym, dzięki Koherencji serca codziennie jestem na wakacjach na rajskiej wyspie, Wy też możecie 😉

Seychelles