
Mam słabość do Vogue’a. Za każdym razem, gdy go wertuję, wybieram się w sentymentalną podróż – głównie do przeszłości. Przypominam sobie butiki na największych lotniskach świata, ich zapach. Znów płynę promem do babci, do Szwecji i testuję najnowszy zapach Chanel w duty free. Ponownie pracuję na luksusowym jachcie, gdzie każdy dzień pracy to prawdziwa lekcja stylu. Zatem, wyprawa do Vogue Cafe była dla mnie tak oczywista jak słońce w Katarze. Już sama obecność w kawiarni była ucztą. Dopracowane detale, wybitnie uprzejma obsługa i galeria najlepszych zdjęć z arabskiej edycji Vogue, mogły mnie nakarmić. To był jednak początek naszej fiesty. Z menu wybraliśmy kawę Tiramisu, „Sernik bez wyrzutów sumienia”, sałatkę Vogue Cafe z melonem, truskawkami i granatem, gorącą zupę ze słodkich ziemniaków i najnowszy numer Vogue. Kawiarnię opuściłam nakarmiona do syta, ale lekka jak piórko.













