
Belle Vue La Digue Seychelles Indian Ocean
Tak, powyżej zapisałam adres pewnego miejsca na Seszelach, a dokładniej na wyspie La Digue 😉 Brakuje w nim tylko imienia i nazwiska adresata. Z pewnością zauważyliście, że w adresie nie ma kodu i numeru domu. Mimo to gwarantuję Wam, że list dotrze do rąk odbiorcy, gdy do adresu dopiszecie nazwisko. Próbuję Wam właśnie zobrazować jak małe są Seszele i jak mała jest wyspa La Digue. Ten kawałek lądu na Oceanie Indyjskim, który tworzy wyspę La Digue, ma 5 km długości i 3 km szerokości. Zamieszkuje go około 3 tysięcy ludzi, którzy po wyspie przemieszczają się głównie rowerami. Na wyspie jest tylko kilkanaście samochodów. Mieszkańcy wyspy muszą otrzymać specjalne pozwolenie na jego kupno, a to wydawane jest tylko i wyłącznie wtedy, gdy posiadają oni własną działalność gospodarczą, której prowadzenie wymaga używania własnego środka transportu. I takie pozwolenie wydawane jest naprawdę nieczęsto.


Gdy wraz z moją trzyletnią córeczką wysiadłyśmy z katamaranu na wyspie La Digue, nie mogłyśmy nadziwić się, że jakiekolwiek miejsce na ziemi może być aż tak błękitne i zielone. Aby dostać się do naszego seszelskiego lokum, wsiadłyśmy do jedynej dostępnej taksówki – małego samochodu ciężarowego. Usiadłyśmy na przednim siedzeniu, tuż obok kierowcy, a nasze walizki zostały wrzucone na przyczepę. Nie zapomnę jak córeczka patrzyła na mnie wielkimi, zdziwionymi oczami, które w tamtym momencie przypominały orzechy kokosowe. Wyrazem twarzy próbowała mnie zapytać jak to jest możliwe, że pozwalam jej podróżować w ten sposób – na przednim siedzeniu, na moich kolanach, bez pasów bezpieczeństwa (nie wspominam już nawet o foteliku samochodowym). Taki jest po prostu seszelski standard 🙂 Suneliśmy przez wyspę po dziurawych drogach. Mijały nas seszelskie mamy na starych rowerach, które jedną rękę trzymały na kierownicy, a drugą ręką obejmowały swoje malutkie dzieci. Nie przypominam sobie, abym widziała kogoś ze spacerówką. Po drodze zatrzymaliśmy się w 3 lokalnych sklepikach z zamiarem kupienia ziemniaków o które prosiła nasza seszelska babcia. Niestety nie dostałyśmy ich w żadnym z odwiedzonych sklepów. To także standard na Seszelach. Kurczaka curry zjedliśmy bez ziemniaków. Ale, kto martwiłby się brakiem jednego składnika potrawy, gdy właśnie znalazł się na Seszelach. Poza tym, kto przyjeżdża na Seszele jeść ziemniaki i spędzać czas w samochodzie? Kto w ogóle przyjeżdża tu po to, by się czegoś czepiać lub czymkolwiek się martwić 😉














