
Za chwilę koniec ramadanu, którego finał zostanie uczczony 3-dniowym świętem Eid al-Fitr. Miesiąc „ekstremalnego” postu dobiega końca. I chociaż tego nie widać, to już czuć tę energię spełnienia i odrodzenia na ulicach. Mimo, iż w Katarze temperatura powietrza przekracza już 30 stopni, to nadal mam wrażenie, że to katarska wiosna. Lato dopiero nadchodzi. Woda w morzu jest nadal „zimna” i czasem nawiedzają nas bardzo silne wiatry. Poza tym, mając w perspektywie 50-stopniowe „upały”, mianem lata uhonorowane mogą zostać tylko miesiące, w których jajko będzie można usmażyć na balkonowych płytkach.

RAMADAN KAREEM – SZCZODRY RAMADAN
„Ramadan Kareem” – tak pozdrawiają siebie poszczący Katarczycy. Ten zwrot pełni funkcję naszego „Wesołych Świąt”, a w wolnym tłumaczeniu oznacza „szczodry ramadan”. To moje pierwsze doświadczenie ramadanu na Bliskim Wschodzie. O życiu w tym gorącym „środku świata” opowiadałam w tym wpisie. Ramadan obchodzony jest w dziewiątym miesiącu muzułmańskiego kalendarza księżycowego. W czasie tego miesiąca, muzułmanie przechodzą przez bardzo ważny czas „oczyszczenia”. Najbardziej znaną czynnością, która kojarzy się z ramadanem, jest poszczenie od świtu do zmierzchu. Muzułmanie nie piją i nie jedzą od wschodu do zachodu słońca. Post przerywają zjedzeniem nieparzystej ilości daktyli, wypiciem wody, albo jogurtu. Następnie zjadają uroczystą kolację w gronie bliskich tzw. Iftar. I tak przez cały miesiąc. Nie wszyscy jednak poszczą – dzieci, kobiety w ciąży, kobiety karmiące piersią, ludzie chorzy oraz podróżujący są zwolnieni z przestrzegania postu. Poszczenie to nie jedyna idea ramadanu. Tak samo ważne są pokora, szczodrość, zasiane intencje i wdzięczność. Poszczący skupiają się na zadbaniu o siebie, bliskich, znajomych i nierzadko o tych, których w ogóle nie znają.




RAMADAN I KARAK W SOUQ EL MINA
Pierwszy wieczór ramadanu spędziliśmy w miejscu o nazwie Souq el Mina. Jest to dzielnica stolicy Kataru, która urzeka kolorami. Pomalowane na pastelowe kolory „szeregowce” ciągną się zygzakiem tuż przy Starym Porcie, jak bajkowe pasmo górskie. Z dużego, kosmopolitycznego i głośnego miasta, można przenieść się do muśniętej kolorem krainy. Ściany budynków pomalowane są na biało, pistacjowo, koralowo, śmietankowo, jagodowo. Do takiego miejsca warto wybrać się na spacer i karak. Karak to gorąca, czarna herbata, z mlekiem, cukrem i przyprawami – kardamonem, cynamonem, imbirem, goździkami. Jest to trunek, który towarzyszy mieszkańcom Bliskiego Wschodu na co dzień. Na ulicach, w domach, w biurach, w centrach handlowych, można zobaczyć ludzi sączących rozbieloną i pachnącą herbatę z małych kubeczków. Pełno tu miejsc, które serwują karak – od tradycyjnych, które podają go w na tacy – w czajniczku, z którego nalewa się go do małych szklaneczek, albo w papierowych kubkach z „karakowych sieciówek”. Na Bliskim Wschodzie istnieje zawód Teaman’a, czyli osoby, która „gotuje” i podaje karak. Ten herbaciany barista dba także o to, aby kubeczek gościa, zawsze był pełen świeżej herbaty. Do karaku podjada się daktyle, albo kruche ciastka z daktylami w środku (za którymi ostatnio bardzo przepadam). Myślę o karaku, zapraszaniu na niego i częstowania nim, jak o naszym polskim zapraszaniu „na kawę”, które wcale nie jest tak oczywiste dla wszystkich. Mój mąż zawsze dziwił się tym zapraszaniem „na kawę”. I faktycznie, na Seszelach nikt na nią nie „zwołuje”. Potencjalnych gości raczej kusi się wspólnym grilowaniem. W Szwecji proponuje się „fika” – kawę i cynamonowe ciastko, w Japonii celebruje się picie zielonej herbaty, a w Katarze picie karaku. W tej części świata smakuje on najlepiej i dlatego w tym roku, w pięknej scenerii Souq el Mina, celebrowaliśmy jego picie, obserwując sierp księżyca, który wtedy wskazywał początek, a który za chwilę „ogłosi” koniec ramadanu.






