Bloga to ja już chyba chciałam mieć od dziecka. Pamiętacie serial „Doogie Howser„, który transmitowany był w polskiej telewizji w latach 90-tych? Ten genialny, czternastoletni lekarz medycyny, podsumowywał każdy odcinek serialu wpisem na swoim blogu. Właśnie tę część każdego odcinka lubiłam najbardziej – gdy Doogie dzielił się życiowymi rozterkami ze swoimi czytelnikami. Większość z nas jednak w tamtych czasach o komputerze mogła tylko pomarzyć. Później chciałam być jak Carrie z „Seksu w Wielkim mieście”, która wieczorami siadała przy swoim laptopie i pisała kolejny tekst. A jeszcze później, wylądowałam w Hongkongu i właśnie tam zamustrowałam na swoim pierwszym statku, na którym codziennie tworzyłam zapiski z morskiej podróży – to one miały być „bazą” do blogowych, morskich opowieści. W tamtym pamiętniku miałam zakładkę – typowo skandynawską, świąteczną, czerwoną pocztówkę z krasnalami, którą podarowała mi bardzo miła Szwedka na lotnisku w Amsterdamie. Był 17 grudnia, ona leciała do Australii, spędzić Boże Narodzenie ze swoją córką, zięciem i wnukami, a ja leciałam do Chin po content na bloga 😉 Wyjazd na pierwszy statek, tuż przed świętami, to naprawdę traumatyczne doświadczenie, ale czego nie robi się dla marzeń.

W drodze po marzenia.

Lata mijały, a pomysł na bloga wciąż tlił się w mojej głowie. Tylko mój mąż (wtedy jeszcze narzeczony) wiedział o moim marzeniu. Wspierając mnie, podarował mi na Gwiazdkę MacBooka. Ten wyjątkowy prezent, na którym w tej chwili tworzę ten wpis, otrzymałam w Wigilię 2019 roku. Prezent rozpakowałam mając skurcze porodowe, a godzinę później byłam już na porodówce. I zajęło mi kolejne 3 lata „planowanie” bloga. Córeczka, pandemia, praca i mąż marynarz nie ułatwiały mi procesu twórczego. Musiałam zająć się życiem, a na marzenia i blog zwyczajnie zabrakło przestrzeni. Uwierzcie mi, ze każdą osobę (która znała moją zawodową i miłosną historię), która mówiła mi „co Ty tu robisz, powinnaś być Polką na Seszelach?”, miałam ochotę „obdarować” kopniakiem 😉 Ciągle myślałam, że muszę się jeszcze czegoś nauczyć, aby zacząć pisać. Ale prawda jest taka, że po prostu nie miałam odwagi tego zrobić.

Wigilia 2019. Jeszcze nie jestem blogerem, ale za kilkanaście godzin będę mamą 😉

To dziwne, ale z pośród wszystkich prac jakie kiedykolwiek wykonywałam, to pisanie bloga nauczyło mnie najwięcej. By podołać temu zadaniu, ciągle muszę się czegoś uczyć: platformy blogowej, fotografii, edycji tekstu. Muszę być swoim najlepszym przyjacielem, który będzie wspierał moje najśmielsze pomysły, swoim mentorem i krytykiem. Codziennie muszę sobie przypominać, że mam prawo wyrażać własne zdanie (a szkoła mundurowa i praca w statkowym reżimie, mocno we mnie ten proces wyhamowała). Nareszcie uczę się walczyć o swoje i doceniać siebie, zamiast obsypywać komplementami innych ludzi. Miniony rok wiele mnie nauczył. Szczególnie tego, że wiara w siebie to absolutne minimum do osiągnięcia czegokolwiek. Znowu przekonałam się, że największe wsparcie wcale nie przybędzie do mnie od osób po których się tego wsparcia spodziewałam. Smutne, ale prawdziwe. Ale przede wszystkim, kolejny raz przekonałam się jak wielką moc mają wyobraźnia i marzenia. Wyobraźnia może nas ponieść naprawdę bardzo daleko – bywa, że do Chin, na środek oceanu, albo nawet na Seszele.

Wszystkie osoby, które okazały mi wsparcie, przytulam dziś do serca. Dziękuję Wam serdecznie. Szczęśliwego Nowego Roku Sunseekers! Do zobaczenia w przyszłym roku na blogu! :*