

Muzeum Sztuki Islamskiej w Katarze zaprojektowane zostało przez słynnego architekta I. M. Pei, który wśród swoich licznych, życiowych projektów ma między innymi kontrowersyjną, szklaną piramidę w Luwrze. W przypadku katarskiego muzeum, Pei wykazał się nie mniejszym geniuszem. Mimo, iż muzeum wcale nie jest piramidą, a konstrukcją poukładanych jedna na drugiej geometrycznych brył, to i tak kumuluje energię w niepowtarzalny sposób. Z zewnątrz budynek przypomina wybudowaną na brzegu zatoki fortecę. Wybudowana z piaskowych wapieni budowla zdaje się co chwila wyglądać inaczej – w zależności od tego jak odbijają się od niej promienie wędrującego po niebie słońca. Jest coś kobiecego w tej budowli. Jak na potwierdzenie tego stwierdzenia, na samym jej szczycie znajduje się najmniejszy prostopadłościan z otworami w kształcie półksiężyców, które zdaniem wielu są oczami arabskiej kobiety, które wyłaniają się spod zakrywającego jej twarz czarnego nikabu.





Wnętrze muzeum to przysłowiowa wisienka na torcie. Jego serce stanowi kilkupiętrowe atrium, do którego, przez ogromne 45-metrowe okno, wlewa się fala „świetlnego tsunami”. Okno skupia całą uwagę i stanowi „centrum dowodzenia” muzeum. Widać je z każdego piętra budynku. Jest jak ogromy obraz, którego centralna część – panorama Dohy – jest stała, a pozostała część zmienia się w zależności od natężenia ruchu statków i wysokości fal morskich. W muzealnych komnatach okalających to mocno bijące serce, znajdują się galerie, w których podziwiać można jedwabne kotary, dywany, zwoje modlitw zapisanych arabskim pismem i biżuterię wysadzaną diamentami, perłami i szmaragdami. Na parterze muzeum, tuż przy wspomnianym, olbrzymim oknie, znajduje się muzealna kawiarnia, w której serwują idealnie zaparzoną kawę, ekstremalnie czekoladowe muffiny (po raz pierwszy, nasza latorośl nie zostawiła ani okruszka) i przyjemnie chłodny i naturalnie ultra słodki milkshake daktylowy. Ten ostatni to istne słodkie szaleństwo, które polecam każdemu i na które wybiorę się do tego muzeum pewnie jeszcze nie jeden raz.



Kiedy siedziałam na długiej, białej, miękkiej kanapie, którą ustawiono pod gigantycznym oknem muzeum, miałam nieodparte wrażenie, że znajduję się na pokładzie statku. Całkiem nieświadomie skupiłam swoją uwagę na wystroju wnętrza kawiarni – nowoczesnych, białych krzesłach, kanapach i stolikach, by po powrocie do domu odkryć, że ich projektantem jest nie kto inny jak słynny projektant jachtu „A” – Philippe Starck. O tym francuskim geniuszu i o jego pływającym dziele sztuki pisałam w tym wpisie. To miejsce przypomina mi także atrium jachtu „Katara”, gdzie światło wpadające przez ogromne okno, które znajduje się na rufie (tyle) jachtu, podkreśla piękno wypolerowanych na wysoki połysk powierzchni, drogocennych dzieł sztuki i jedwabnych dywanów. Biorąc pod uwagę fakt, że zdjęcia wnętrza tego należącego do katarskiej rodziny królewskiej, wartego ponad 400 milionów dolarów jachtu, nigdy nie ujrzały światła dziennego, może być to dość interesująca informacja. Powierzam Wam ją w sekrecie 😉








